end of the world beginning of paradise

end of the world beginning of paradise

 

 

While we were planing our trip to Azores we found a photo on google that took our breath. Waterfall in the background, lake in the first plan, incredible green, no traces of human, no electricity cables, no houses, just beautiful nature that looked a bit like if it was in New Zealand /which is still our dream destination/ and we decided we HAVE to go there. It was a photo from small island called Flores. Flores what a promising name, Flores tiny island in the middle of nowhere…

And let me tell you Flores was a weird place to be. It was small, it was really small and strange. I realised how small it is when the lady in the car rental told us that there is only one gas station on whole island. OK  it might not be shocking information but for me it was a shock as I had a movie going on right away, us in the car in the middle of the road somewhere in the night without phone connection and gas, Mr.B leaving me and little L in the car, saying good bye as he goes of on a dangerous journey in search for help, me tears in my eyes, Little L knowing nothing of this danger we are at silently on my breast, I locked the door and stare to darkness waiting for what is to come, thinking if I will ever meet Mr.B again….Hmm OK, sorry that is another story, back to Flores.

Packed in the smallest possible car that was for rent we drove to the shop to do some food shopping as we planed to cook for ourselves. As we entered what looked like a shop Mr.Be said he feels like he is back in Mongolia. In “veggies department” we stood in shock and silence in front of loads of onion, couple of apples and some old cucumbers. I knew it must be some kind of misunderstanding, common we are on an island where there is never ending spring they have to swim in veggies this must be some some strange mistake. So we went to ask where could we actually buy some fresh fruits and veggies. Lady that seemed as if she was born in that shop and spend there her whole life sitting at the cash register gave us with an undefinable look and unemotionally informed us that fresh veggies arrive once in 15 days when the ship comes. I swear I had white in front of my eyes, dry in my mouth and the floor under my feet turned into wobbly gelatine. We are vegans I whispered to her, as my voice was still stuck,  and hoped that she will tell us this is all just a joke once she realises how tragic this situation is. But she did not realise what is vegan in the first place and the rest was non of her business.

OK saying you are vegan on this island can only cause one thing – blank look as it is not a word they have in vocabulary, and trying to explain what it means was not a good idea in most of the cases. Most of the people looked at us as if we were sick, dangerous individuals that should not be walking free but sit locked somewhere under control.

Well we drove to every shop in the island to obtain some sort of veggie inventory, but after all we knew we won the battle and we are gonna make it without starving. If you are a carnivore and you imagine yourself sitting in a small restaurant in Flores eating a delicious fresh fish than forget it as well :), that ain’t gonna happen either. People in Flores eat cows, fish is for export, so maybe you have a better chance to eat delicious fish from Flores sitting in Poland watching snow fall.

Anyway after initial concerns about fulfilling our elementary needs were gone, we were able to savour the breathtaking beauty of  the unspoiled nature of this place. Flores is at the end of the world but if I think of paradise this is what I see, at least at the entrance to it, cause I know everything can get better :). And we savoured that beauty exactly for one day as for the next four island was covered with thick white fog and visibility was around 20 meters. But we were not complaining, we made around 500km taking almost every single road on the island. That place so unusual even in daylight became really really weird when abandoned houses were popping out at you from that heavy white curtain. Small, but really small villages where you could only guess people behind the windows. Villages where you could not even guess them. Roads without cars just the three of us, our small toyota, baby Einstein screaming from iPad, Little L screaming from car seat, me with my Tshirt rolled up and bra rolled down, or the uncensored version Little L finally asleep on the back seat and me with my Tshirt rolled up and bra rolled down stuck in the baby car seat.

I had the best coffee in a small stinky, dark, local bar with a crossed eyed bartender dressed always in black, I had the worse pizza of my entire life, I had the worse possible dinner that can be served in a restaurant, I had an intensive feeling that I am in a horror movie couple of times, I stood breathless many times when the fog disappeared for a moment and I could realise where I am and I sure have seen ninety pro cent of the houses in Flores. It was great to be in Flores but it was great to get on the plane and fly to civilisation again.

———————————————————————————————————————————————

Koniec świata początek raju

Planując naszą podróż na Azory, natknęliśmy się w google na zdjęcie zapierające dech w piersiach. Wodospad w tle, na pierwszym planie jezioro, niesamowita zieleń, żadnych ludzkich śladów, ani kabli wysokiego napięcia, żadnych domów, tylko piękna przyroda, przypominająca tę Nowej Zelandii /która nadal pozostaje naszym wymarzonym miejscem docelowym/ i zdecydowaliśmy, że MUSIMY tam pojechać. Zdjęcie przedstawiało małą wysepkę o nazwie Flores. Flores, co za obiecująca nazwa, Flores, mała wysepka na totalnym pustkowiu.
Powiem wam, że Flores okazało się dość dziwnym miejscem. Małym, bardzo małym i dziwnym. Zdałam sobie sprawę z jego wymiarów, kiedy pani w wypożyczalni samochodów, powiedziała nam, że na wyspie znajduje się tylko jedna stacja benzynowa. OK, może nie jest to aż tak szokująca informacja, ale dla mnie było to ogromne zaskoczenie i od razu włączył mi się film w głowie: my w samochodzie, na jakimś pustkowiu, w nocy, bez zasięgu w telefonie, ani benzyny. Pan. B zostawia mnie i Małego L. w samochodzie, żegna się z nami i wyrusza na niebezpieczną wyprawę w poszukiwaniu pomocy, ja cała we łzach, Mały L., który nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, leży spokojnie przy mojej piersi, zamykam drzwi do samochodu i patrzę w ciemność, czekając na to, co się wydarzy i zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę Pana B…. Hmm OK, wybaczcie, to inna historia, wróćmy do Flores. 

Zapakowani w najmniejszy ze wszystkich samochodów do wynajęcia, pojechaliśmy do sklepu, po zakupy żywnościowe, ponieważ mieliśmy w planach, że sami będziemy gotować. Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, które przypominało sklep, Pan B. powiedział, że czuje się, jakby znowu był w Mongolii. W „dziale warzywnym” staliśmy w milczeniu i ogromnym zdziwieniu, patrząc na stosy cebuli, kilka jabłek i jakieś stare ogórki. Wiedziałam, że to musi być nieporozumienie, przecież jesteśmy na wyspie, na której panuje niekończąca się wiosna, oni przecież muszą opływać w warzywa, a to wszystko, to tylko dziwna pomyłka. Więc spytaliśmy, gdzie dostaniemy świeże warzywa i owoce. Pani, która wyglądała jakby się urodziła w tym sklepie i spędziła całe życie, siedząc przy kasie, rzuciła nam dziwne spojrzenie i bez emocji w głosie, oznajmiła, że świeże warzywa przypływają na statku co 15 dni. Przysięgam, że miałam białą plamę przed oczami, sucho w ustach, a podłoga pod moimi stopami zamieniła się w drżącą galaretę. Jesteśmy weganami, wyszeptałam do niej, lecz mój głos nadal był zduszony i cały czas miałam nadzieję, że ekspedientka powie nam, że tylko żartowała, kiedy tylko zda sobie sprawę w jak tragicznej sytuacji się znajdujemy. Ale po pierwsze nie wiedziała nawet co to jest weganizm, a po drugie nic jej to nie obchodziło. 
OK, słowo weganin może wywołać tylko jedną reakcję na tej wyspie – pusty wzrok. To wyrażenie nie figuruje w ich słowniku, a wytłumaczenie go, w większości przypadków, nie okazuje się najlepszym pomysłem. Ludzie patrzyli na nas, jakbyśmy byli chorymi, niebezpiecznymi inwalidami, którzy nie powinni znajdować się na wolności, ale powinno się ich zamknąć gdzieś pod nadzorem. 
Objechaliśmy wszystkie sklepy na wyspie i zrobiliśmy inwentarz warzyw, ale przynajmniej wygraliśmy tę bitwę i nie umarliśmy z głodu. Jeśli jesteś mięsożercą i wyobrażasz sobie, jak siedzisz w małej restauracji na Flores, jedząc pyszną, świeżą rybę, zapomnij o tym to też się nie wydarzy. Ludzie na Flores jedzą krowy, ryby są przeznaczone na eksport, więc może masz większe szanse zjeść pyszną rybę z Flores, siedząc w Polsce i patrząc na spadający śnieg. 


Po tym jak udało nam zażegnać obawy o to, że nie uda nam się zaspokoić naszych podstawowych potrzeb, mogliśmy w końcu delektować się zapierającym dech w piersiach pięknem, dziewiczej przyrody Flores. Wyspa znajduje się na końcu świata, ale kiedy myślę o raju, właśnie taki obraz przychodzi mi do głowy, a przynajmniej na samym wejściu, bo wiem, że zawsze może być lepiej  Tak więc delektowaliśmy się tym pięknem przez jeden dzień, ponieważ przez następne cztery, wyspa została pogrążona w gęstej, białej mgle, a widoczność spadła do 20 metrów. Ale nie narzekaliśmy, zrobiliśmy jakieś 500 kilometrów i przejechaliśmy chyba każdą drogą na Flores. Ta wyspa, która nawet w świetle dnia jest niezwykła, stałą się jeszcze dziwniejsza, kiedy opuszczone domy wyskakiwały nagle spod ciężkiej, białej zasłony. Małe, ale naprawdę małe wioski, gdzie można było tylko zgadywać, że za oknami domów są ludzie. Wioski, w których nawet nie dało się zgadywać. Opustoszałe drogi i tylko nasza trójka, mała toyota, baby Einstein, które wydzierało się z iPada, Mały L., wydzierający się z fotelika samochodowego, ja z podciągniętym do góry T- shirtem i opuszczonym stanikiem albo wersja niecenzuralna, Mały L. śpi na tylnym siedzeniu, a ja z podciągniętym do góry T- shirtem i opuszczonym stanikiem, wciśnięta w fotelik dla dziecka. 

Piłam najlepszą kawę w małym, śmierdzącym, ciemnym, miejscowym barze, gdzie obsługiwał nas zezowaty barman zawsze ubrany na czarno. Jadłam najgorszą pizzę w całym życiu oraz najohydniejszy obiad, jaki tylko można podać w restauracji. Kilka razy miałam bardzo silne wrażenie, że jestem bohaterką horroru. Wiele razy stałam zachwycona, kiedy mgła opadała na chwilę i mogłam zobaczyć, gdzie się znajdujemy. I jestem przekonana, że widziałam dziewięćdziesiąt procent domów na Flores. Było super pojechać na Flores, ale było też super wsiąść do samolotu i polecieć znowu do cywilizacji.

Translated by: Weronika Makowska

 

DSC04555

DSC04582

 

DSC08721

 

 

DSC04586

 

DSC04210

 

DSC04234

 

DSC04231

 

DSC04251

 

DSC04253

 

DSC04368

 

DSC04262

 

DSC04378

 

DSC04287

 

DSC04297

 

DSC04309

 

DSC04298

 

DSC04312

 

DSC04608

 

DSC04269

 

DSC04573

 

DSC04349

 

DSC04415

 

DSC04409

 

DSC04384

 

DSC04362

 

DSC04343

 

DSC04614

 

DSC04463

 

DSC04414

 

DSC04476

 

DSC04452

 

DSC04422

 

DSC04424

 

DSC04497

 

DSC04434

 

DSC04512

 

DSC04594

 

DSC04517

 

DSC04549

 

DSC04544

DSC04537

 

DSC04619

 

DSC08109

 

DSC04747

 

DSC04740

 

DSC04617

 

DSC08723

 

DSC08729

 

DSC08306

Video from Sweden

 

 

Before I post some photos there is a leftover from Sweden, small video, not an oscar movie, just us walking in different directions.

 

 PS: I hope to answer all the comments and post some new photos soon, but even now as I am trying to write this sentence little L breastfeeds and plays with the keyboard. He is going through very intensive teething period – as he seems to be for last six months :) and I have to admit again I am not superwoman and I am really tired by the evening and all I can think of is to lay down and get some sleep before his majesty wakes up again.

 
 

 

Camper Life. Sweden from eyaeya on Vimeo.

Aftermath from home :)

Aftermath from home :)

 

 

Many times during our trip I was thinking how the “ideas of ideals” in or heads are created. Please notice “many times I was thinking” phrase and just imagine it is for real! Well anyway I am talking about those stereotyped pictures. Like when I look at a photo of an old van /it has to be an old van, best old VW, of course it can’t be that new ugly white bulky shoe box which may be much more comfy but fuckes up the photo/ I get immediately chills up my spine.
Old red or yellow van parked at the edge of wood or on the beach. NO people in the picture, just some traces of them. Fire, fire sparks in the air, little stove, two chairs, dusk, checked blankets, what a fantastic atmosphere. It is more romantic than kissing couple in the crowd under Eiffel tower.
And than you wake up all twisted with a huge cramp in your leg, numb hand under your head, one breast sticking out from pyjama always ready, always within reach, ice cold back as you are not covered and cold air coming from your mouth as you breath. Yes the reality strikes in. Your baby takes 80 pro cent of the bed, the rest is pillows around him so he is not cold from the side and you are actually floating somewhere between. Your sleep is not important as your only function is to breastfeed and be a panel that protects baby from falling of the bad into the void of that hated camper. Your husband sleeps already third week in separate single bed under you, you can not go to toilet cause the baby might turn in sleep and fall down, you can not move because the bad is so narrow that every movement wakes the baby up and that is the last thing you want, you don’t want that even more than you want to pee. You know that you have to concentrate and convince yourself that you actually don’t need to go to toilet, that it was only a bad dream that waked you up. So what you do in such moments is you think who the fuck made you believe that traveling with camper is more romantic than kissing the man you love on a november chilly evening under Eifel tower. Well and that explains why I was thinking many times and a lot.

Than the morning comes and after the baby is changed, fed, happy and content, after you already had first argument of the day with your husband, after the “kitchen” of your camper – which actually means the whole camper – looks like a battlefield, your dog is pissed of that he did not have enough time for a morning walk and you are all stinky and sweaty still in pyjama, than you remind yourself you actually needed to pee some time ago. You pack a ultra minimal version of your cosmetic belongings – there is no time and space for fanciness – and head to share those intimate things you have to do with some strangers. U join a pee symphony in one of 10 toilette cabins, occasionally interrupted by drums like sound from your neighbour whose shoes are sticking out through the gap on the bottom of the wall. You try to pee as silently as possible, OK maybe not you but I do, so I try to pee as silently as possible because I still believe it is quite an intimate thing to do and I want my neighbour to think he is also safe and alone.
I wait until the drummer from next door leaves, I don’t want to put him in embarrassing situation meeting him and I go to take a shower. Whole time I am showering I pray that the guy whom I heard clearing his throat and spitting yesterday is not gonna take shower at the same time next door cause that is really a bit to much especially because in this particular camping also the walls in shower cabins don’t touch the ground and leave a gap so the water from one cabin floats to another.

All this happens in about 10 minutes of time, as I said there is no space for fanciness, and I run back with wet hair and wet shoes on cause I forgot to take flip flops for bathroom purposes. Baby is not happy and content anymore, coffee is cold, dog called a strike and your husband is still pissed from the earlier argument.
You take the baby for a walk, dog decides for himself what he wants to do, when and how and husband goes to wash the dishes. Than you have to pack everything, fold up the bed, change the baby again, clean things so they don’t move around when you drive and by the time you hit the road you are hungry again, sweaty again but you talk to your husband and that is a good thing because if you did not start talking to each other you could not argue with him in about two hours again.
You drive at highest speed 60km per hour, well you are on fjords after all, and you break all the possible rules. You sit on a plastic case from photo equipment between two front seats so that you can entertain the baby all the time. You see one huge NOTHING from the road as you are almost on a floor level. You have your dog in the lap so you can’t move as you don’t want to piss him off more than he already is. But than baby shows first signs of discontent and you forget the possibly worse mood of your dog and  walk around camper looking for things that might catch his attention for at least 30 seconds. When you run out of all possible harmless objects and they are all on the floor all you have left is your breast again. So you get stucked between the seats in more or less stable position, take out your breast and breastfeed while your husband is driving. All that you can think of is how that looks to the drivers who pass you by in a opposite line. And please keep in mind that camper drivers have a habit – which I can’t quite understand – of waving to each other. That means when they are getting closer to your car they really look at you waving, smiling like one big happy family. And there you are leaning over the baby seat with your face smashed on the front window with your Tshirt up and breast out. I am so thankful to norwegian police for their absolute absence on the roads.

Than a miracle happens, you drive through incredible landscapes and photographic excitement reunites you and your husband into one loving and understanding whole. You share your exaltation and lenses with loving looks, you kiss, make sexy statements even though you know there is another night in separation ahead of you but that does not matter, you are simply nice to each other, even the dog feels better around you again. And that is good because as evening starts to sneak in and baby is unhappy and tired, and you are tired and hungry because there was no time to make lunch and you look for a place to stay over night and dog is pissed again as he would wish for more play time, and the place where you are about to sleep is a complete mess after whole day, tension level rises up high easily and before you even know or finish your dinner third argument of the day is at its bloom. And there are only two possible endings. Either you put your baby to sleep at nine o clock and you stay in bed with him because you don’t speak to your husband and your dog and there is only 5 sq meters that you share together or you put your baby to sleep at nine o clock which means he finally falls asleep at ten o clock. You barricade him with everything possible so that you can silently and in the dark sit by the table with your husband and your dog. Downloading photos from the day and finding a way to each other while whispering about the lenses and settings of the camera you used. Than at eleven you are so tired that even climbing up to the bed seems to be way beyond your physical possibilities so you sit quietly for another 10 minutes looking at that peak of the mounting where you have to get and thinking if you should maybe pee one more time before you assemble yourself in that inhuman position next to the baby that you are gonna love much more in couple of hours than you love him now, even though you already love him more than possible.
And than you fall asleep and dream of a romantic camper ride.

Well there is couple of things I know for sure after this trip.

1. I know having a baby is a challenging time for the couple who was so lucky to make him. I remember I overheard several times in my life conversations of middle aged ladies talking how some xy woman got pregnant just to make her husband stay. Well that is kind of a tricky thing I guess, at least if it is true, that most couples divorce during first year after their child is born. Having a baby is a good test of relationship, but having a baby who is not even one year old and going for a month trip with camper is one hell of a test for the baby, the couple and the camper and the dog.

2. Having a baby is the most beautiful experience ever. I never understood people who had kids and were telling me how difficult that is and how much they love it. C’mon how can you love being in a difficult situation?!
Now I know what that means. It is the most difficult, tiring and most beautiful thing that can happen. You can not stop even for a minute, you are a parent and you have to keep on going no matter how tired you are, how much you want to put your feet up take a bottle of wine in one hand and maybe another bottle in second and and just get a little time for yourself. But that is not possible. And than you take your child out for a walk, you show him a dandelion, you blow it and suddenly you almost faint from that magic that happened. You see that flower falling into small pieces flowing away, you see it through eyes of your baby with your baby and you are lucky you have that chance. Of course you don’t remember seeing dandelion for the first time yourself but now you were given a chance to experience it for the second time and share that miracle with somebody who is so purely overwhelmed and that is magic. Thank god for dandelions and shower.

3. After this “holidays” I came home tired as if I worked in a cole mine for one month. SO I don’t ever want to do this again. Please somebody remind me of this post next year before summer :)

PS: I was actually looking for coming back to Poland after the trip until I have not met the first lady over fifty on the street and she did not tell me that I should not carry such a cute baby in a carrier because that is hurting his neck and he may even bleed. Crush with reality :)

——————————————————————————-

Wiele razy podczas naszej podróży myślałam o tym, jak rodzą się w naszej głowie “iluzoryczne ideały”. Proszę, zwróćcie uwagę na zwrot “wiele razy myślałam” i wyobraźcie sobie, że to prawda! Mam na myśli wszystkie te stereotypowe obrazki. Na przykład, kiedy patrzę na zdjęcie starego vana/ koniecznie stary van, a najlepiej stary Volkswagen, ale w żadnym wypadku jakiś nowy, brzydki i wielki model, przypominający pudełko na buty, który może i jest wygodny, ale za to kompletnie spieprzy całe zdjęcie/, to od razu dostaję gęsiej skórki. Stary, czerwony albo żółty van, zaparkowany na skraju lasu lub na plaży. ŻADNYCH ludzi na zdjęciu, tylko ślady, które po sobie zostawili. Ogień, iskierki w powietrzu, mały piecyk, dwa krzesła, zmierzch, koce w kratkę, co za niesamowita atmosfera. O wiele bardziej romantyczna, niż para całująca się w tłumie pod wieżą Eiffela.

A potem budzisz się, cała powyginana, z ogromnym skurczem w nodze, zdrętwiałą ręka pod głową, jedna pierś wystaje spod piżamy, zawsze gotowa, zawsze w zasięgu, odkryte, lodowate plecy i zimna para, która leci z ust, przy każdym oddechu. Tak, rzeczywistość atakuje. Twoje dziecko zajmuje 80 procent łóżka, a reszta to poduszki wokół niego, żeby nie było mu zimno w plecy, a ty pływasz gdzieś pomiędzy. Twój sen się nie liczy, bo twoje jedyne zadanie to karmienie piersią i odgradzanie dziecka tak, żeby nie spadło w przepaść tego znienawidzonego kampera. Twój mąż już trzeci tydzień śpi w dostawce pod twoim łóżkiem, nie możesz iść do ubikacji, bo dziecko mogłoby się przekręcić przez sen i spaść. Nie możesz się ruszać, bo łóżko jest tak wąskie, że każdy najmniejszy ruch obudzi dziecko, a to ostatnia rzecz, której pragniesz. Nie chcesz tego bardziej, niż chce ci się siku. Wiesz, że musisz się skoncentrować i przekonać samą siebie, że tak naprawdę nie potrzebujesz iść do toalety i obudził cię tylko zły sen. Więc w takich momentach zaczynasz się zastanawiać, kto, do cholery, wmówił ci, że podróżowanie kamperem jest bardziej romantyczne, niż całowanie mężczyzny, którego kochasz, w listopadowy, chłodny wieczór pod wieżą Eiffela. I to wyjaśnia, dlaczego myślałam o tym wiele razy i bardzo dużo.

Nadchodzi ranek i po tym, jak dziecko jest przewinięte, nakarmione i zadowolone, po tym, jak już odbyłaś pierwszą kłótnię z mężem, po tym, jak „kuchnia” w kamperze, co tak naprawdę oznacza cały kamper, wygląda jak pole bitwy, twój pies jest wkurzony, ponieważ nie miał wystarczająco dużo czasu na poranny spacer, a ty jesteś śmierdząca i spocona, nadal w piżamie i nagle przypominasz sobie, że jakiś czas temu zachciało ci się siku. Pakujesz super skróconą wersję swoich kosmetyków – nie ma czasu, ani miejsca na luksusy – i idziesz podzielić swój intymny czas w łazience, z jakimiś obcymi ludźmi. Przyłączasz się do symfonii sikania, w jednej z 10 toalet, która co jakiś czas jest przerywana odgłosami bębnów z kabiny sąsiada, którego buty wystają z dolnej przerwy w ścianie. Starasz się sikać najciszej, jak potrafisz, OK, może nie ty, ale jak tak, staram się sikać najciszej, jak to możliwe, bo nadal wierzę w to, że jest to dość intymna czynność i chcę, żeby mój sąsiad poczuł się bezpiecznie, jakby wokół niego nie było nikogo. Czekam, aż bębniarz z ubikacji obok sobie pójdzie, nie chcę stawiać go w niezręcznej sytuacji, a potem idę wziąć prysznic. Przez cały czas, kiedy się myję, modlę się, żeby facet, który wczoraj chrząkał i pluł pod prysznicem, nie kąpał się w kabinie obok mojej, bo to już za wiele, szczególnie, że na tym kampingu ściany kabin prysznicowych kończą się kilka centymetrów nad ziemią, więc woda spod jednego prysznica przelewa się do drugiego. Wszystko to wydarza się w ciągu 10 minut, jak już powiedziałam, nie ma miejsca na luksusy i biegnę z powrotem z mokrymi włosami i przemoczonymi butami, bo zapomniałam zabrać ze sobą klapków do kąpieli. Dziecko nie jest już szczęśliwe i zadowolone, kawa jest zimna, pies ogłosił strajk, a twój mąż jest nadal wkurzony po ostatniej kłótni. Bierzesz dziecko na spacer, pies sam decyduje co chce robić, kiedy i gdzie, a mąż idzie pozmywać talerze. Potem musisz wszystko spakować, złożyć łóżko, jeszcze raz przewinąć dziecko, pozbierać rzeczy, żeby nie pospadały, a gdy w końcu ruszacie w drogę, znowu jesteś głodna, spocona, ale za to rozmawiasz już z mężem, co jest dobrą rzeczą, bo przynajmniej możecie się znowu pokłócić za jakieś dwie godziny.

Jedziecie z największa prędkością 60 km na godzinę, w końcu jesteście między fiordami i łamiecie wszystkie możliwe przepisy. Ty siedzisz na plastikowej skrzynce po sprzęcie fotograficznym, pomiędzy przednimi siedzeniami, żebyś mogła cały czas zabawiać dziecko. Ponieważ siedzisz praktycznie na podłodze, za oknem widzisz jedno wielkie NIC. Na kolanie masz psa, więc nie możesz się ruszać, bo nie chcesz go jeszcze bardziej wkurzyć. Ale potem dziecko zaczyna marudzić, więc zapominasz o humorach psa i chodzisz po kamperze, szukając rzeczy, które mogą odwrócić uwagę dziecka na przynajmniej 30 sekund. Kiedy wyczerpałaś już zapas bezpiecznych przedmiotów i wszystkie leżą na podłodze, ostatnią deską ratunku pozostaje pierś. Tak więc wciskasz się pomiędzy siedzenia, ustawiasz w, mniej więcej, stabilnej pozycji, wyjmujesz pierś i karmisz dziecko, podczas gdy twój mąż prowadzi. Myślisz jedynie o tym, jak to musi wyglądać dla innych kierowców, którzy mijają was z naprzeciwka. Miejcie na uwadze, że, nigdy nie zrozumiałam dlaczego, ale kierowcy kampera mają w zwyczaju machania do siebie nawzajem i uśmiechania się, jakbyśmy wszyscy byli jedną, wielką rodziną. A ty stoisz pochylona nad dzieckiem, z twarzą przyklejoną do przedniej szyby, podwiniętą bluzką i wystającą piersią. Jestem bardzo wdzięczna norweskiej policji, za ich nieobecność na drogach.

Potem dzieje się cud, przejeżdżacie obok zapierających dech w piersiach krajobrazów i ekscytacja fotografią znowu łączy cię z twoim mężem w jedną kochającą i rozumiejącą się całość. Dzielicie się radością i obiektywami, wymieniacie kochające spojrzenia, całujecie się i mówicie sobie seksowne rzeczy, mimo iż wiecie, że przed wami kolejna noc w separacji, ale to się nie liczy, jesteście po prostu mili dla siebie i nawet pies znowu czuje się lepiej w waszym towarzystwie. I to są dobre chwile, bo kiedy wieczór skrada się powoli, a dziecko robi się niezadowolone i zmęczone, a ty jesteś zmęczona i głodna, bo nie było czasu, żeby zjeść obiad. Szukacie kampingu na noc, a pies znowu jest wkurzony, bo miał nadzieję na więcej rozrywki, a w miejscu, w którym macie spać panuje okropny bałagan, napięcie rośnie bardzo szybko i zanim się obejrzysz, zanim skończysz kolację trzecia kłótnia dnia jest w pełnym rozkwicie. I są tylko dwa możliwe zakończenia. Albo kładziesz dziecko spać o dziewiątej i zostajesz z nim w łóżku, bo nie rozmawiasz z mężem, ani psem, a macie do dyspozycji tylko 5 metrów kwadratowych albo kładziesz dziecko o dziewiątej, co oznacza, że zasypia w końcu o dziesiątej. Barykadujesz je wszystkim, co możliwe, żeby w ciszy i mroku usiąść przy stole z mężem oraz psem. Zgrywacie zdjęcia z minionego dnia, próbujecie się dogadać, szepcząc o obiektywach i ustawieniach w aparacie, których wcześniej użyliście. O jedenastej jesteś już tak zmęczona, że nawet wspiąć się na własne łóżko wydaje się ponad twoją sprawność fizyczną, więc siedzisz cucho jeszcze 10 minut, patrząc na czubek, na który musisz się wdrapać, zastanawiając się czy może powinnaś jeszcze raz zrobić siku, zanim przyjmiesz tą nieludzką pozycję obok dziecka, które będziesz kochać jeszcze mocniej za dwie godziny, nawet jeśli kochasz je już bardziej, niż to możliwe. Potem zasypiasz i śnisz o romantycznej wyprawie kamperem.

Po tej podróży wiem na pewno kilka rzeczy:

1. Wiem, że narodziny dziecka to ciężki okres dla pary, która miała to szczęście je zrobić. Pamiętam, że kilka razy w moim życiu zdarzyło mi się podsłuchać rozmowy kobiet w średnim wieku, które mówiły, że jakaś kobieta xy zaszłą w ciąże tylko po to, żeby zatrzymać przy sobie mężczyznę. To dość przewrotny sposób, szczególnie jeśli sprawdzają się statystyki mówiące, iż większość małżeństw rozwodzi się w pierwszych miesiącach po narodzinach dziecka. To dobry sprawdzian dla związku, ale posiadanie dziecka, które nie ma jeszcze roku i wyruszenie w podróż kamperem jest niezłym sprawdzianem dla dziecka, pary, kampera i psa.

2. Macierzyństwo to jedno z piękniejszych doświadczeń życiowych. Nigdy nie rozumiałam ludzi z dziećmi, którzy mówili mi, jakie to trudne, ale jak bardzo to kochają. Przestań, jak można kochać trudną sytuację?! Teraz wiem, co to znaczy. To najtrudniejsza, najbardziej męcząca, a zarazem najpiękniejsza rzecz, która może się przydarzyć. Nie da się przestać ani na chwilę, jesteś rodzicem i musisz iść do przodu, jakkolwiek nie byłbyś zmęczony i jak bardzo byś nie chciał położyć się na kanapie z butelką wina w jednej dłoni i kolejną butelką w drugiej dłoni i znaleźć trochę czasu dla siebie. Ale to niemożliwe. A potem bierzesz swoje dziecko na spacer, pokazujesz mu mlecze, zdmuchujesz je i nagle mdlejesz od magii wokół. Widzisz jak ten kwiat rozpada się na małe kawałeczki i odlatuje, widzisz to oczami swojego dziecka, z twoim dzieckiem i masz szczęście, że dostałeś tę szansę. Oczywiście nie pamiętasz chwili, w której zobaczyłeś dmuchawce po raz pierwszy w życiu, ale teraz dostałeś szansę przeżyć to drugi raz i podzielić ten cud z kimś, kto jest tak zwyczajnie przytłoczony i to się nazywa magią. Dzięki Bogu za mlecze i prysznic.

3. Po tych „wakacjach” wróciłam zmęczona, jakbym pracowała w kopalni przez miesiąc. WIĘC nie chcę już nigdy tego powtórzyć. Proszę, niech ktoś mi przypomni o tym wpisie przed następnymi wakacjami PS: Nie mogłam się doczekać powrotu do Polski, dopóki nie spotkałam na ulicy pierwszej kobiety po pięćdziesiątce, która powiedziała mi, że nie powinnam nosić dziecka w nosidełku, bo uszkodzi sobie kark i może się wykrwawić. Zderzenie z rzeczywistością :)

Translated by: Weronika Makowska

 

 

DSC02501

DSC02517

DSC02522

DSC02544

DSC02547

DSC02581

DSC02560

DSC02564

DSC02593

DSC02555

DSC02572

DSC02660

DSC02740

DSC02737

DSC02672

DSC02624

DSC02637

DSC02605

DSC05198

DSC02696

DSC02681

DSC02711

DSC02720

DSC02735

DSC02678

DSC02509

DSC02808

DSC02822

DSC05202

DSC02948

DSC02946

DSC02949

DSC02943

DSC02758

DSC05093

DSC02774

DSC02791

DSC02781

DSC02796

DSC02780

DSC05085

DSC05351

From the road II – Norway

From the road II – Norway

  

I thought I would upload photos from the rest of our trip once we are at home. But we are only about 10 days in Norway and I have collected 49 photos in my final selection. Well by the time this trip is over I might have to many photos to upload at once. Who likes to look at hundreds pics of us in the mountains :). So I am taking advantage of the fact that we have quite good internet connection and upload first part of photos from Norway. More writing will follow of course with my next post. There is so much more I have to let out :)
———————————————————————————————————————-

 
 

Myślałam, że wstawię zdjęcia z reszty naszej podróży, kiedy wrócimy do domu. Ale jesteśmy w Norwegii od 10 dni i wybrałam już 49 zdjęć po ostatecznej selekcji. Na koniec naszej wyprawy pewnie będę miała za dużo zdjęć, żeby wstawić je wszystkie naraz. Kto by chciał oglądać setki naszych zdjęć z gór Tak więc skorzystam z okazji, że mamy całkiem szybki internet i opublikuję pierwszą część zdjęć z Norwegii. Napiszę więcej w następnym wpisie. Jest tyle rzeczy, które muszę z siebie wyrzucić
  
DSC02302

DSC01369

DSC01449

DSC01468

DSC01546

DSC01644

DSC01639

DSC01660

DSC01673

DSC02422

DSC02420

DSC02107

DSC02336

DSC01364

DSC02384

DSC01712

DSC01710

DSC01697

DSC02220

DSC04251

DSC01726

DSC01979

DSC01770

DSC02110

DSC01974

DSC01856

DSC01870

DSC01880

DSC01700

DSC01796

DSC01781

DSC01779

DSC01809

DSC01812

DSC02307

DSC02255

DSC02192

DSC02331

DSC01835

DSC04658

DSC02356

DSC02237

DSC01843

DSC01845

DSC04471

DSC02043

DSC01984

DSC02001

 

From the road

From the road

 

 

I thought I am never gonna do this post, ok maybe not ever but for sure not on this trip. Downloading photos, making a selection, editing them, uploading and most of all writing at least short text requires certain amount of concentration. I know it is not a work of nuclear physician but its a work that has to be done somewhere between 22:30 and 24:00 when I am still partly conscious.

OK this trip definitely does not belong to the easiest ones that we’ve done so far. At this point I could actually swore it is the toughest one. I know that once we’r back home and bad memories fade out to the point that they actually disappear and I will not recall them anymore I will be sentimentally coming back in my mind to places we’ve been and things we have done. Some of them might even be nominated to “the best of” and we’ll be laughing at situations that will have lost their sharp contures. But for now I am at this melting pot, inside of it, inside of this “supercamper” situation and I see things as they are, fresh and crisp.

We have been traveling with camper before. Our first trip with Sven was an adventure of three without any plan whatsoever, without any clue what we want and what we don’t want. Sven was fully loaded with alcohol and we were loaded with expectations. We were making decision on the road and those decisions made us drive poor old Sven all the way to north of Norway for no other reason besides the one of getting there. We spent most of the days driving hundreds of kilometres at highest speed of 80km per hour. We slept on parking lots by the road and by the time we got back down to Helsinki we were dead tired and from the constant driving I had a feeling that I am shaking inside even after week at home. I knew I never want to do it again.

But than one year later we got married and decided to spend our honeymoon – HOW? – driving poor old Sven through France and Spain. I always thought nothing can beat that trip when it comes to number of cathasthropies that can happen in such a short period of time. Everything that was possible went wrong. It all started with Sven breaking after first 200 km in Austria and by the middle of our trip we were driving a camper with broken fridge, not working gas stove, without air-condition. Driving whole days with opened windows, not talking to each other as it was really loud in the cabin, we were taking pain killers every evening which in combination with alcohol helped us forget about those terrible headaches from noise and air draught. Main goal of our days was to drive hundreds of kilometres in search of one free spot on the overcrowded campsites. We were lucky when we finally ended up sleeping parked by the toilets or showers as free camping in that part of Europe is strongly restricted. When we came home I was sure our marriage can overcome ABSOULTELLY EVERYTHING. Well almost everything….

Can somebody tell me why we did it again? This time not even with our beloved old Sven but some anonymous, ugly rented camper in combination with little crawling baby and the great idea of spending 5 weeks of beautiful summer on the road again. This time we can’t even get drunk in the evenings. And even if we could we would not have enough power to do it.

We got divorced at least 3 times a day during first week, and 5 times a day during second week. Mr. B suggested to throw us all out of the camper and drive down from a mountain, buy us an airplane ticket around the world and do the rest of the trip alone, leave me the camper and actually everything he owns and go hitchhiking around the world and I was thinking about regulated gas explosion that would catapult us on a trip in cosmos. Little L decide to sabotage this whole traveling idea and for the first time was giving us hard time while driving. Making even 80 km distance per day was a victory worth mexican wave. He started teething, but this time I am worried he is getting at least 24 teeth at the same time. Mr.T is so sick of us that he came to a logic conclusion that HE himself is his only boss. I personally don’t share the same idea and that means we find ourselves conflicting interests very often. I need him to go right but he ONLY goes left. When it happened for the first time I was worried that he lost his hearing due to his age, but this little smart ass simply decided he needs a break from this crazy family.

Our camper became an authentic kingdom of anarchy. We have broken all the possible rules, and I am happy we did not get to meet any police till now. There is NO WAY to keep things in place, clean and logically sorted for longer than 5 minutes. I am in constant search of socks, shoes, pacifiers, dentinox, clean cups, wallet and everything else. My brain is washed from listening to same baby songs over and over again and I have stopped cleaning floor in the camper. But we are still together in this car, neither of us has contacted a lawyer yet, it looks like we even love each other, little L loves to do “baran baran buc” everything, starting with his toys, table, my feet, window, plates, cups and the trip goes on….

———————————————————————————————————

 

 

Myślałam, że już nigdy nie napiszę tego tekstu, ok, może nie nigdy, ale na pewno nie na tym wyjeździe. Przegrywanie zdjęć, wybieranie ich, obróbka, wstawianie na stronę, a przede wszystkim napisanie chociaż kilku zdań, wymaga odpowiedniej koncentracji. Wiem, że to nie praca fizyka jądrowego, ale muszę wykonać to zadanie gdzieś pomiędzy 22:30, a 24:00, kiedy nadal jestem choć trochę przytomna. OK, ta podróż na pewno nie należy do najłatwiejszych, jakie do tej pory odbyliśmy. W tym momencie mogłabym nawet przysiąc, że należy do najtrudniejszych. Wiem, że kiedy wrócimy do domu i złe wspomnienia wyblakną tak bardzo, że właściwie znikną, to nie będę już o nich pamiętać i zacznę wracać uczuciami oraz pamięcią do miejsc, w których się zatrzymaliśmy i rzeczy, które robiliśmy. Niektóre z nich trafią do zakładki “najlepsze” i będziemy śmiać się z sytuacji, które z czasem zatracą swoje ostre kontury. Ale teraz siedzę w tym tyglu, w samym jego środku i środku tej całej, „superkamperowej” sytuacji. Widzę rzeczy w ich prawdziwej postaci, kiedy są jeszcze świeże i kruche. Nie jest to nasza pierwsza podróż kamperem.

Pierwsza wycieczka ze Svenem była trzyosobową przygodą, bez jakiegokolwiek planu, ani pojęcia na to, czego chcemy, a czego nie chcemy. Sven był przeładowany alkoholem, a my oczekiwaniami. Podejmowaliśmy decyzje w czasie jazdy i to one sprawiły, że dojechaliśmy biednym, starym Svenem aż do północnej Norwegii, bez żadnego innego powodu, jak tylko, żeby tam się dostać. Większość dni spędziliśmy jeżdżąc setki kilometrów, z największą prędkością 80 km na godzinę. Spaliśmy na przydrożnych parkingach, a kiedy dojechaliśmy do Helsinek byliśmy śmiertelnie zmęczeni. Od ciągłej jazdy czułam, że trzęsę się w środku, nawet po tygodniu od powrotu. Wiedziałam, że już nigdy nie chcę tego powtórzyć.

Ale rok później wzięliśmy ślub i postanowiliśmy spędzić nasz miesiąc miodowy – JAK? – jeżdżąc biednym, starym Svenem po Francji i Hiszpanii. Zawsze myślałam, że nic nie pobije tej podróży pod względem ilości katastrof, które mogą przydarzyć się w tak krótkim czasie. Wszystko, co tylko możliwe, poszło nie tak. Zaczęło się od tego, że Sven zepsuł się w Austrii, po 200 kilometrach, więc od połowy naszej podróży nie mieliśmy działającej lodówki, ani kuchenki gazowej, ani nawet klimatyzacji. Jechaliśmy całe dnie z otwartymi oknami, nie rozmawiając ze sobą, ponieważ w kabinie było za głośno, a każdego wieczora braliśmy środki przeciwbólowe, które w połączeniu z alkoholem pozwalały nam zapomnieć o potwornych bólach głowy, wywołanych hałasem i przeciągiem. Naszym głównym celem, przez większość dni, było przejechanie setek kilometrów w poszukiwaniu miejsca na zatłoczonych kempingach. Mieliśmy szczęście, jeśli udawało nam się zaparkować gdzieś przy ubikacjach i prysznicach, bo, w tej części Europy, rozbijanie się na dziko jest surowo zabronione. Kiedy wróciliśmy do domu byłam pewna, że nasze małżeństwo może udźwignąć ABSOLUTNIE WSZYSTKO. Przynajmniej prawie wszystko….

Czy ktoś może mi powiedzieć dlaczego znowu to zrobiliśmy? Tym razem nie wzięliśmy nawet naszego ukochanego, starego Svena, ale jakiegoś anonimowego, brzydkiego kampera z wypożyczalni, do którego dorzuciliśmy małe, raczkujące dziecko oraz pomysł na spędzenie 5, pięknych tygodni lata, w drodze. Tym razem, nie możemy się nawet upić. A nawet gdybyśmy mogli, to nie mamy na to wystarczająco dużo siły. Groziliśmy sobie rozwodem przynajmniej 3 razy dziennie, podczas pierwszego tygodnia i 5 razy dziennie, podczas tego drugiego. Pan B. zasugerował, że wyrzuci nas wszystkich z kampera i zjedzie w przepaść, kupi nam bilet dookoła świata i dokończy podróż sam, zostawi mi kampera i wszystko, co posiada, a sam wyruszy autostopem dookoła świata, a ja w tym czasie planowałam wybuch gazu, który wystrzeli nas w kosmos. Mały L. postanowił sabotować cały ten pomysł z podróżowaniem i po raz pierwszy przysparzał nam kłopotów w czasie jazdy. Sprawiło to, że przejechanie nawet 80 kilometrów było tak wielkim sukcesem godnym fali meksykańskiej. Zaczął ząbkować, ale tym razem boję się, że rosną mu co najmniej 24 zęby naraz. Pan T. ma nas tak dosyć, że doszedł do logicznego wniosku, że tylko ON jest swoim panem. Ja osobiście nie podzielam tego pomysłu, co oznacza, że bardzo często dochodzi pomiędzy nami do konfliktu interesów. Kiedy chcę, żeby szedł w prawo, on idzie TYLKO w lewo. Za pierwszym razem przestraszyłam się, że traci słuch z powodu swojego wieku, ale ten mały spryciarz po prostu zdecydował, że potrzebuje przerwy od swojej zwariowanej rodziny.

Nasz kamper stał się prawdziwym, anarchistycznym królestwem. Złamaliśmy wszystkie możliwe zasady i cieszę się, że jak dotąd nie spotkaliśmy jeszcze na naszej drodze policji. NIE DA SIĘ utrzymać rzeczy na swoim miejscu, czystych i poukładanych, na dłużej niż 5 minut. Nieustannie szukam skarpetek, butów, smoczków, żelu do dziąseł, czystych kubeczków, portfela i wszystkiego innego. Mój mózg jest wyprany od słuchania w kółko tych samych piosenek dla dzieci i nawet przestałam myć podłogę w kamperze. Ale nadal jesteśmy razem w tym samochodzie, żadne z nas nie zadzwoniło jeszcze do prawnika, wygląda na to, że nawet się kochamy. Mały L. uwielbia robić „baran baran buc” ze wszystkim, co napotka zaczynając od zabawek, stołu, moich stóp, okien, talerzy, kubeczków, a podróż nadal trwa…

 

IMG_6118

DSC00652

DSC00294

DSC00364

DSC00371

DSC00417

DSC00384

DSC00388

DSC00395

DSC00478

DSC00604

DSC00485

DSC00507

 

DSC00617

DSC00622

DSC00557

DSC00644

DSC00637

DSC00687

DSC00754

DSC00648

DSC00682

DSC00884

DSC00869

DSC00786

DSC00789

DSC00907


DSC00926

DSC00819

DSC00830

DSC00832

DSC00964

DSC00951

DSC00977

DSC01140

DSC01045

DSC01089

DSC01113

DSC01190

DSC01198

DSC01226

DSC01211

DSC01231

DSC01262

DSC01232

DSC01257

DSC01267

DSC01272

DSC01289

DSC01335

 

one month in Warsaw

one month in Warsaw

 

 

We spent last month and a half in Warsaw. I suppose that was it for this year. There is couple more days left before we take off for a new adventure and than probably two more day days in september and thats it. Leo’s room will wait until little man walks in by himself next time he comes.

This past month was busy, very busy, intense in many ways, untraditionally social which in other words means we even met some people, I mean we actually set up meetings with a lot of different people not just met them by coincidence, and that is something quite new to us :). But most of all this past month was emotionally challenging, well at least for me it was, because I had to deal with tons of my own intense emotions, and that’s not my favourite thing to do.

We arrived to Warsaw at the beginning of July with little baby, we set up his own room, deleted “living room” from the map of our flat and moved our bedroom to where this fancy, bohemian and useless salon used to be. Things get a bit more functional once there is resident under three years living with you. Sometimes when I lay in the bed at night and can’t fall asleep after Little L woked me for third time I get this exaggerated idea that setting up his own room must have somehow speeded up his growth. Maybe he felt that he has to grow up and become responsible for his own place, his toys and all his possessions, or simply the fact that he has his own room like a big boy made him wanna be a big boy. Anyway that little baby that arrived to Warsaw is gone and there is little boy sitting in his room talking in some strange language to himself reading one of his four contrast books over and over again and if he is not reading he is vehemently demolishing his potty, because who likes to sit on the potty and be cheered up like a american football player if he can throw it around and make some real noise.

L simply went through some incredible transition and I feel like I woke up next to independent little person one day. And believe me that fact activates A LOT of strong emotions. He is not that sweet little thing that I can cover with kisses every half a minute, that I can squeeze in my embrace anytime I feel like, which is again every half a minute. He still is little and crazy sweet but he is in charge now, he shows me that he gets really bothered when I kiss him like insane, when I hug him to much or to often or when I do both at the same time. He pushes me away with his little hand and gives me a strange look of annoyed 10 year old. I am really glad he does not talk yet. He shows his personality, his need for his own space which is not constantly attacked by a crazy affectionate woman called his mama. His need for freedom is so noticeable and he is not even 10 months old, that it scares the hell out of me. Like he is gonna be four and he’ll be free solo climbing or what? I thought I have a baby and babies are supposed to be babies for a long time not only for couple of months. Litte L’s growing independence is terrifying me much more than finding a grey hair on sunny sunday morning or listening to good advices on parenting and life in general from women who raised their babies in times when cell phones did not even make it to sci-fi movies. I loved that obsessive kissing attacks when I could easily without any obstacles almost eat him up and now I have to ask this little man who possesss four teeth and his own mind for a permission. I am sure one day I will be able to appreciate an independent kid who can entertain himself for half an hour without my assistance, I will be over the top happy about it, but for now this change from baby that was external part of me to baby who is a complete separate unit is just way to shocking. Why nobody prepared me for this? People were giving me so many trivial advices but they somehow forgot to tell me that my baby will grow up over one night.

But having an independent nine moths old living with us was not the only fact that caused me some sleepless nights. We have hired a baby sitter. OMG. Baby sitter a word that in my pre-baby period connected in my mind with horrible quality youtube videos showing some big ladies with mean faces hitting little people, carrying them around the house in aggressive way, throwing them on the floor or letting them cry in their crib while they play FB games. I never thought I will have a baby sitter for L, at least I did not think about it when he was three, four or five months old. I was sure we will make it, just us and Little guy until he is at least one year old. But we did not. As he started to move around, change his position within minutes, as he showed his elevated interest in electrocity plugs, smashing chairs on himself and than on the floor, eating everything that does not run away and finding the most dangerous objects in house most interesting we capitulated. I thought I was busy with him when he was a little lying veggie. No I was not! Only now I truly understood the luxury of fearless one minute pee break. So we did what I thought was the last option, we called for help from a stranger, gave this strange lady the most valuable thing in the world in her hands together with a bottle of water and clean nappy, showed her the way to the park and felt relieved when we saw her back getting of our sight behind the next corner. First time this happened I did not know if I should cry from sadness, fear or happiness. So I cried from all of those reasons each at a time and some other as well. Like feeling of complete failure as a mother, feeling worried if L will not be kidnapped by some organised group infiltrating pensionary harmless looking ladies into the lives of young families. If this lady will not suffer from fatal hear attack during one of those tropic days in the park and L will be pulled away in his stroller and we will never find our where he ended up. I saw myself running around the streets of Warsaw in unspeakable panic, with long gray hair and thorn apart clothes for the next 20 years, becoming an urban legend. I saw many different scenarios and I actually still see them every time I wave to my little man and see his content smile as he is being driven to park with by his nanny.

Oh yes I had to fight a lot of crazy emotions this month and I know I am still at the beginning and there is much more waiting for me along the way. As for now I am happy we ‘r packing and hitting the road again very very soon. No nannies just four of us, one car and loads of plans, how positive does that sound :)

————————————————————-

 

 

Ostatnie półtora miesiąca spędziliśmy w Warszawie i chyba to koniec na ten rok. Pozostało jeszcze kilka dni zanim ruszymy po nową przygodę i pewnie ze dwa dni we wrześniu, ale to wszystko. Pokój Leo poczeka, aż następnym razem, on sam do niego wejdzie. Zeszły miesiąc był bardzo, ale to bardzo zabiegany, pod wieloma względami intensywny, nie tradycyjnie towarzyski. Nawet poznaliśmy nowych ludzi i umawialiśmy się na spotkania, a nie tylko spotykaliśmy ich przypadkowo i jest to dla nas coś nowego. Ale ten zeszły miesiąc był przede wszystkim trudny pod względem emocjonalnym. Przynajmniej dla mnie, ponieważ musiałam radzić sobie z ogromem moich silnych emocji, a nie jest to moje ulubione zajęcie. Przyjechaliśmy do Warszawy na początku lipca, z małym dzieckiem, któremu urządziliśmy własny pokój, zamazaliśmy “pokój dzienny” na mapie mieszkania i przenieśliśmy naszą sypialnię w miejsce tego luksusowego, ekscentrycznego oraz bezużytecznego salonu. Rzeczy przybierają bardziej funkcjonalny charakter, kiedy mieszka z tobą człowiek poniżej trzeciego roku życia. Czasami w nocy, kiedy leżę w łóżku i nie mogę zasnąć, po tym jak Mały L obudził mnie trzeci raz z rzędu, zaczynam myśleć, że posiadanie własnego pokoju sprawiło, iż szybciej dorasta. Może poczuł, że musi dojrzeć i wziąć odpowiedzialność za swoje własne miejsce, zabawki oraz resztę rzeczy, które do niego należą, albo po prostu to, że posiada pokój, niczym duży chłopiec, sprawiło, że zapragnął stać się dużym chłopcem. W każdym razie, małe dziecko, które przyjechało do Warszawy zniknęło, a w jego pokoju siedzi teraz mały chłopiec, który mówi do siebie jakimś dziwnym językiem i ogląda w kółko jedną ze swoich czterech książeczek, aż do znudzenia, a jeśli nie czyta, to z zacięciem demoluje swój nocnik, bo kto lubi siedzieć na nocniku i być dopingowanym jak jakiś amerykański piłkarz, jeśli może nim rzucać, robiąc przy tym niemożliwy hałas. L przeszedł niesamowitą przemianę i czuję się, jakbym pewnego dnia obudziła się obok zupełnie niezależnej osoby. I uwierzcie mi, wyzwala to we mnie WIELE silnych emocji. Nie jest już słodkim dzidziusiem, którego mogę obcałować co trzydzieści sekund, którego mogę wyściskać, jak tylko mam na to ochotę, czyli również co trzydzieści sekund. Nadal jest mały i szalenie słodki, ale teraz to on ma kontrolę i daje mi do zrozumienia, że przeszkadza mu, kiedy całuję go jak opętana, czy za mocno lub za często przytulam, a co gorsza, gdy robię obie z tych rzeczy równocześnie. Odpycha mnie swoją małą rączką i patrzy na mnie poirytowany, niczym dziesięciolatek. Naprawdę cieszę się, że jeszcze nie zaczął mówić. Pokazuje swoją osobowość, potrzebę własnej przestrzeni, która nie jest wiecznie naruszana przez szaloną i zbyt czułą kobietę, zwaną jego mamą. Mimo iż nie skończył jeszcze dziesięciu miesięcy, jego potrzeba wolności jest tak zauważalna, że aż mnie to przeraża. A co jak będzie miał cztery lata? Będzie się wspinał bez zabezpieczenia, czy co? Myślałam, że mam dziecko, a dzieci powinny nimi zostać przez długi czas, a nie tylko przez kilka miesięcy. Rosnąca potrzeba samodzielności Małego L przeraża mnie bardziej, niż siwy włos znaleziony w słoneczny, niedzielny poranek albo słuchanie dobrych rad na temat rodzicielstwa i życia w ogóle, od kobiet, które wychowywały dzieci w czasach, w których telefony komórkowe nie pojawiały się nawet w filmach science fiction. Uwielbiałam te chwile, kiedy mogłam rzucać się na niego z pocałunkami, jakbym chciała go zjeść żywcem, a teraz muszę prosić tego małego człowieka, który posiada cztery zęby i własny umysł, o jego pozwolenie. Jestem pewna, że któregoś dnia docenię niezależne dziecko, które potrafi się samo bawić przez pół godziny, bez mojej pomocy i będę nawet super szczęśliwa z tego powodu, ale teraz ta zmiana z dziecka, które było zewnętrzną częścią mnie, w dziecko, które jest osobną jednostką, jest dla mnie zbyt szokująca. Dlaczego nikt mnie na to nie przygotował? Ludzie dawali mi tyle błahych rad, ale z jakiegoś powodu zapomnieli mi powiedzieć, że moje dziecko urośnie w jedną noc. Ale fakt, że nagle mieszka z nami niezależna, dziewięciomiesięczna osoba, nie był jedyną przyczyną moich bezsennych nocy. Zatrudniliśmy opiekunkę do dziecka. O mój Boże. W moim okresie sprzed porodu, opiekunka do dziecka kojarzyła mi się z okropnej jakości filmikami na you tubie, w których występują grube panie ze złośliwymi twarzami i które biją małych ludzi. noszą je po domu w agresywny sposób, rzucają o ziemię i pozwalają płakać w łóżeczku, podczas gdy same grają w gry na Facebooku. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę miała opiekunkę dla L, a przynajmniej nie myślałam o tym, kiedy miał trzy, cztery czy pięć miesięcy. Byłam pewna, że nam się uda, tylko my i nasz Mały chłopiec, przynajmniej dopóki nie skończy roku. Ale nie udało się. Kiedy zaczął się ruszać, zmieniać pozycję w ciągu kilku minut oraz okazywać wzmożone zainteresowanie gniazdkami, wywalać krzesła na siebie, a potem na podłogę, jeść wszystko, co nie ucieka, a w końcu, kiedy najbardziej zaczęły mu się podobać najniebezpieczniejsze przedmioty w naszym domu, skapitulowaliśmy. Wydawało mi się, że miałam z nim dużo pracy, kiedy był jeszcze małym, leżącym warzywkiem. To nieprawda! Dopiero teraz naprawdę doceniam, jakim luksusem jest móc pójść w spokoju na siku. Więc zrobiliśmy to, co uważałam za ostatnią opcję, poprosiliśmy o pomoc nieznajomą, powierzyliśmy tej obcej pani najcenniejszą rzecz, jaką mamy, podaliśmy ją jej do rąk razem z butelką wody i czystą pieluchą, pokazaliśmy drogę do parku i poczuliśmy ulgę, kiedy zobaczyliśmy, jak znika z naszego wzroku, za najbliższym rogiem. Za pierwszym razem nie wiedziałam, czy mam płakać ze smutku, strachu, czy szczęścia. Tak więc płakałam ze wszystkich tych powodów po kolei oraz z kilku innych. Na przykład dlatego, że czuję się okropną matką albo boję się, że Mały L zostanie porwany przez jakąś grupę zorganizowaną, która podstawia młodym rodzinom starsze panie, wyglądające na nieszkodliwe. Bałam się, że ta starsza pani dostanie zawału w parku, a w tym czasie ktoś zabierze wózek z Małym L i już nigdy go nie odnajdziemy. Wyobrażałam sobie, jak biegam po ulicach Warszawy w niewyobrażalnej panice przez kolejne 20 lat, z długimi, szarymi włosami i podartym ubraniem, stając się miejską legendą. Widziałam przed oczami wiele różnych scenariuszy i, prawdę mówiąc, nadal je sobie wyobrażam za każdym razem, kiedy macham do małego mężczyzny i widzę jego zadowolony uśmiech, podczas gdy niania zabiera go do parku. O tak, muszę walczyć z wieloma pokręconymi emocjami w tym miesiącu i wiem, że to dopiero początek i jeszcze tyle mnie czeka po drodze. Teraz bardzo się cieszę, że się pakujemy i za chwilę wyjeżdżamy. Przez jakiś czas żadnych niań, tylko nasza czwórka, jeden samochód i mnóstwo planów, jak to pozytywnie brzmi :).
 

 

IMG_2426

BART5191

IMG_3578

IMG_3424

IMG_3411

IMG_3463

LEO13

IMG_2817

IMG_2910

IMG_2847

IMG_3491

IMG_3546

IMG_3694

IMG_3650

IMG_3471

IMG_3453

BART5584

BART5583

DSC01323

DSC01340

IMG_3022

IMG_3304

IMG_3282

IMG_3163

IMG_3157

BART6524

DSC01872

DSC01882

BART6563

BART6570

BART6535

BART6708

DSC02360

BART6253

BART6368

BART6625

BART6336

BART6324

BART6418

BART6408

Zofka

Zofka

 

 

Visits of my family in Kraliky are always happening according to more or less the same scheme. It starts with a hectic arrival. We usually arrive exhausted after a long drive, every single centimetre of our car packed with crap we carry around with us from place to place. We finally get of all stiff and distorted, Mr.T starts off with running around wild and free hunting for neighbours cats, Mr.B also running back and forth unpacking the car, bags hanging all over him, I walk around with Little L in my arms talking to at least three people at the same time while one of those people is Zofka, and talking to Zofka means screaming very loud and very close to her left ear. After we settle a little bit, I inhale and exhale crispy mountain air and walk around for two days in my pyjamas there comes the time for family drama. The fact that it is actually a meeting of people who are not used to living under one roof anymore always causes some sort of disaster.  Why to have it the easy way? Family dramas are a must, at least in my family. There is a little bit of everything, screaming, arguing, screaming, crying and than of course more crying, excusing and hugging. I hate this part of the program from the bottom of my heart but that does not change the fact that it simply has to happen. It can not be any other way.

Well after this emotionally exhausting unavoidable element there is the time of calmness when things get to normal, when we have a chance to develop some sort of routine, go for couple of trips and I get to enjoy the feeling of being embraced by the mountains and birds singing.  And as soon as I start to feel settled and floating on gentle waves of slow life it is time to pack our bags, time for Mr.B to run back and forth again looking like a christmas tree stuffing our belongings into the car and time for me to say good bye to Zofka.

And those good byes are extremely difficult. They have never been easy but they get more and more unbearable with each visit. I look at her face and I wonder if I’ll have a chance to see her smile again. I try to sound jovial, make jokes and a come up with a fair amount of promises of what we will do together next time I’ll come, but during that whole time I am scramming from pain. Each time I come to Kraliky I see a little less of her, she is slowly disappearing. Each time we meet her own world seems to be stronger, it seems to be absorbing her bit by bit and she willingly sinks deeper into the river of her early memories, accompanied by her family members who all passed away already. I want to catch her hand and pull her back so much. I want to scream at her to stop doing it to me, I get angry and disappointed, sad and scared but then at the same time there are moments when I feel in peace. I look at her and I love her more than I ever did before. For everything she has done for us, for how she devoted her whole self to us, for how she always made me feel so sure that she is happy to be raising us and living our lives instead of living her own.

But since Little L was born I don’t only feel endless gratitude towards her, I also feel worship that I could not have felt before. Worship to a women who is not only my grandmother, to a woman who was primarily a mother once, mother of two sons who are not alive. Worship to a mother who over lived one son dying when he was just little bit younger than Leo, and than another son dying tragically when he was 20. I always knew her life was not easy since she was a small child and I knew she had to burry her two children but that was all beyond my perception. I saw my grandmother who was happy living with us her grandchildren. But now I see a mother in her at the first place, and even though I can’t possibly understand the pain she had to go through my imagination – imagination of a mother – is now much more vivid and I get dizzy when I only think of what happened to her and she made it without loosing her sanity. And those are the moments when I am in the peace. Moments when I don’t want to drag her, to pull her back no matter what, to keep her here for myself, to own her. I feel that I have to learn how to let her go to the place where she has to go.

Each time I am leaving from Kraliky I am saying good bye to Zofka and I hope I’ll have a chance to tell her hello again.  I know I will.

——————————————————————————————————————————————————

Wyjazdy do mojej rodziny w Kalikach zawsze odbywają się zgodnie z mniej więcej takim samym rytuałem. Zaczyna się od przyjazdu w gorączkowej atmosferze. Zwykle jesteśmy wykończeni długą jazdą, każdy centymetr auta jest wypełniony badziewiem, które wozimy ze sobą. W końcu wysiadamy, cali sztywni i powykręcani, Pan T. wystrzela z samochodu i biega swobodny i nieokiełznany polując na okoliczne koty, Pan B. też biega w tę i z powrotem obwieszony torbami, ja chodzę dookoła z Małym L na rękach rozmawiając z co najmniej trzema osobami naraz i zawsze jedną z tych trzech osób jest Zofka, a rozmowa z Zofką oznacza, że krzyczę jej prosto do lewego ucha. Gdy już wszystko się trochę uspokoi, oddycham świeżym górskim powietrzem i chodzę przez dwa dni w piżamie, po czym przychodzi czas na rodzinny dramat. To, że odzwyczailiśmy się już od życia pod jednym dachem zawsze przyczynia się do jakiejś katastrofy. Po co niby mielibyśmy wybierać łatwe rozwiązania? Dramaty rodzinne to stały punkt programu, przynajmniej w mojej rodzinie. Wszystkiego po trochu: krzyk, kłótnie, krzyk, płacz, po czym następuje oczywiście jeszcze więcej płaczu, przeprosiny i uściski. Nie znoszę tego z głębi serca, lecz nie zmienia to faktu, że bez tego się nie obejdzie. Nie ma innej możliwości. 

Cóż, po tym emocjonalnie wyczerpującym i nieuniknionym elemencie nadchodzi czas spokoju, gdy wszystko wraca do normy, gdy jest szansa wejścia w pewną rutynę, można wybrać się na kilka wycieczek i cieszyć się otoczeniem gór i śpiewem ptaków. Zaraz po tym, jak poczuję ten spokój i zaczynam unosić się na łagodnych falach powolnego życia, przychodzi czas na spakowanie toreb, Pan B. biega w tę i z powrotem obwieszony jak choinka i upycha nasze rzeczy do samochodu a ja muszę pożegnać się z Zofką. 

Te pożegnania są bardzo trudne. Nigdy nie były łatwe, ale teraz z każdą wizytą stają się coraz trudniejsze do zniesienia. Patrzę na jej twarz i zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś przyjdzie mi zobaczyć jej uśmiech. Staram się robić wrażenie jowialnej, żartuję i planuję mnóstwo rzeczy, które zrobimy kiedy przyjadę następnym razem, lecz przez cały ten czas ból powoduje, że chcę uciekać. Za każdym razem, gdy odwiedzam Kraliky widzę ją trochę mniejszą, jakby powoli znikała. Za każdym razem gdy się widzimy, jej świat zdaje się być silniejszym, jakby pochłaniał ją po kawałku, a ona rozmyślnie pogrąża się w rzece dawnych wspomnień, w towarzystwie członków rodziny którzy już odeszli. Tak bardzo chcę pochwycić jej myśli i wyciągnąć ją stamtąd. Chcę na nią nakrzyczeć, żeby przestała mi to robić, robię się zła i rozczarowana, smutna i przerażona, ale jednocześnie nadchodzą chwile, gdy odczuwam spokój. Patrzę na nią i kocham ją bardziej, niż kiedykolwiek. Za wszystko, co dla nas zrobiła, za to, jak poświęciła dla nas całe swoje życie, za to, jak zawsze dawała mi pewność, że jest szczęśliwa, że wychowuje nas i że żyje naszym życiem, zamiast swoim własnym.

Teraz, gdy urodził się Mały L, czuję do niej nie tylko nieskończoną wdzięczność, ale również szacunek którego nie mogłam czuć wcześniej. Szacunek do kobiety, która nie tylko jest moją babcią, ale kobiety, która kiedyś była matką, matką dwóch synów, już nieżyjących. Szacunek dla matki, która przeżyła jednego syna, który był trochę starszy od Leo, a potem drugiego, który zmarł tragicznie gdy miał 20 lat. Zawsze wiedziałam, że nie miała łatwego życia od dzieciństwa i wiedziałam, że musiała pochować dwójkę własnych dzieci, lecz było to poza możliwościami mojej percepcji. Widziałam moją babcię, która była szczęśliwa mogąc żyć z nami, jej wnukami. Lecz teraz widzę w niej przede wszystkim matkę, i nawet pomimo tego, że absolutnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, przez jaki ból musiała przejść, moja wyobraźnia – wyobraźnia matki – jest teraz o wiele bardziej żywa i robi mi się słabo myśląc o tym, przez co musiała przejść. I właśnie w takich chwilach odczuwam spokój. Chwilach, gdy nie chcę jej za sobą ciągnąć, bez względu na wszystko, żeby mieć ją dla siebie, żeby ją posiadać. Czuję, że muszę się nauczyć, jak pozwolić jej odejść tam, dokąd musi się wybrać.

Za każdym razem, gdy opuszczam Kraliky, żegnam się z Zofką i mam nadzieję, że zobaczę ją jeszcze raz. Wiem, że tak będzie.

 

 
IMG_1359

IMG_1383

IMG_2016

BART4759

IMG_1396

IMG_2073

IMG_2099

leoaali

BART4444

IMG_1453

IMG_1752

IMG_1764

IMG_1957

IMG_2180

IMG_2225

IMG_2251

BART4786

BART4668

IMG_2362

 

 

Teething, self doubts and the rest

Teething, self doubts and the rest

 

 

I wanted to write this post for so long. I have tried to find the moment so many times and meanwhile the ideas passed by, the topics I wanted to talk about came and went, stopped to be accurate or just got forgotten. I was trying to hold on to my life really badly for past two months.

Before Little L was born I was sure that first weeksor months are the toughest of all. If we make it through first 3 months without any major loss on sanity we ‘r safe. And than things are only gonna get easier up to the point where it will be like eating bread with honey. OH my, how I was wrong. Last month and a half was really hard. We came back from Malta to Warsaw where we stayed exactly for one day. Half of it I was waiting for my lost suitcase and second half was unpacking and packing again. In the night we hit the road and drove to Klodzko to stay for couple of days, than we moved to Dusseldorf where my sister lives. Little L, Mr.T and I stayed there for 3 weeks while Mr.B was flying to work. Short trip to Amsterdam and than on the way to Slovakia we stopped at Klodzko again, stayed in Kraliky drove to Vienna came back to Kraliky. I feel like my whole life is packed in suitcases and all I do is unpack and pack. And during this whole time Little L was teething.

I thought first three months are the toughest, oh my how I was wrong. First three months were not easy for many reasons, I was not feeling well physically, my hormones were going crazy, Little L did not know what the hell is going on, he was shocked from where he landed, but I have to say he was coping with us – two strangers – his parents for rest of his live pretty well. Everything was new for him and for us. But that was nothing compared to teething phase. Teething means that Little man does not like anything for longer than 5 minutes, OK he likes to watch baby einstein puppets for about 30 minutes when he has a good day, scream like a hurt animal for quite some time every day but what he loves most of all is my breast, all day and all night. It also means that I carry his proud 12 kilos in carrier most of the days, we cook together, iron together, vacuum together, walk together, take photos together and that might be a lot of fun for him, but don’t ask me about my back. He started to move a lot lately as well so I can’t practically leave him out of my sight cause he is able to change his location quickly and without any prior notice.

Lately I’ve been hearing a lot from older women – older women meaning my mom and her generation of mothers – that we are raising him wrong. That it is wrong that he is used to being carried, that he sleeps with us in one bed and that he is vegan just as we are. And I have been going through a lot of self doubts. How does one know if she is a good mother ?

During my last month of pregnancy when I grew into monstrous proportions, I was all swollen and could hardly move and breath at the same time I had a lot qualms that I don’t work enough. Mr.B used to tell me all the time that I should not worry about it, because women have some magic ability and they manage to do much more after they give birth. Well I was waiting for that moment, imagining myself as a super woman who gets as extra a package of super powers during the delivery and does everything she was doing before plus much more with a baby stuck under her arm. And guess what I was terribly terribly wrong. I am not a super women, I am not a super wife and I am probably not a super mother even thought I try to be at least one of it at a time.
Little L is almost eight months old and there are still days when I am happy to find time for a shower, days that are better, days that are worse. But I am by far not doing what I was doing before and more. I am not drawing and I miss it intensely. I am not doing all those new things that I was expecting to do. No explosion of energy, no explosion of new ideas, no super powers. I did not sleep through one whole night since Little man was born, actually I have not slept longer than 3 hours for eight months. I am often tired and I have a lot of self doubts. I compare myself to other women and sometimes I even compare Leo to other babies and I hate that. But I kind of feel like I failed, like I disappointed somebody, don’t know exactly whom, but when it comes to the point it does not matter. I simply feel like a looser almost every evening when I go to bed and look back at my day.
I thought when baby is eight months I simply put her to some “safe area” – whatever that is – and she is gonna play by herself for hours, than eat and sleep and I can start doing my things. OK I really knew shit about babies until we made one. There is no such as safe area unless I don’t want to put Little L into some cage. He also does not play by himself for hours and he has two very short naps a day, if he has a good day :).
So I really really wander how those super women out there do it. What is the secret of their time management. How come they look great, feel great, they go to gym, take care of a baby, work and in the evening when their little treasures fall asleep they feel sexy enough to seduce their men and whats more they even have enough energy to have a wild sex. And they have my respect if they manage just half of it.

I’m not joking here. I really am in a HUGE self doubts phase. But at the same time I am as happy as I never was before. I am happy at night when I feel his hands reaching for me in the dark and his face with closed eyes trying to find my breast – for the 5th time in three hours – looking for comfort. When I see him calming down and falling back to sleep while he nurses and while I am lying in a terrible inhuman position just not to wake him up again.

I feel happiness that can not be described when he looks at me and smiles looking already so aware of word around him. When his eyes search for me in the room after he looses me from sight. When he laughs and giggles laud on my attempts to be funny.

When he hugs me and snuggles his head somewhere between my breast and arm as if he wanted to be a part of my body for a while again. When I see him being curious and so eager to be discovering and learning. When he explores my face with his hand and always finishes with squeezing my nose for five minutes.

I love that he gives me a chance to have a look at the world that already got usual for me. I feel like blind who was given new eyes. I love his facial expressions when he experiences something new, when he feels new tastes, when he hears weird sounds, I love how his emotions are so pure and intense. I loved his toothless smile and now I love those two tiny teeth sticking out and even those two new upper monsters that are giving him such a hard time. Its a bitter sweet feeling to watch him grow and change every single day, but what it brings along is overwhelming.

I remember my mother always using a phrase “U will understand THIS only once you have a child of your own” which I of course hated from the bottom of my heart. Oh my, how right she was. Only now through him I can understand what is fear, what is happiness, what is humbleness, what is unconditional love. Becoming a mother is such valuable thing, it changes the perception of the world, it is a chance to be reborn and it is definitely a source of extreme emotions. So I guess self doubts are simply part of the journey and I have to learn how to live with them.

 

 

leo8

IMG_0945

IMG_1050

IMG_1037

IMG_1000

IMG_0959

IMG_0987

IMG_1007

IMG_1028

IMG_1085

IMG_1105

IMG_1116

IMG_1130

IMG_1139

IMG_1162

IMG_1516

IMG_1618

IMG_1530

IMG_1533

IMG_1543

IMG_1602

IMG_1620

IMG_1688

IMG_1695

IMG_1667

IMG_1629

IMG_1642

IMG_1637

IMG_1657

IMG_1713

moving pictures from Malta

moving pictures from Malta

 
Long awaited video from Malta. Its been already two months since we came back, but time is no longer a comprehensible quantity :)

I believe, ok I am almost sure a new post with photos will follow anytime soon :)

 

 

Leo and Malta from Bart Pogoda on Vimeo.

 

 

Pictures hunting in Malta

Pictures hunting in Malta

  

Our trip to  Malta was full of strong emotions.  It was first time for Little L to travel by plane, which was not as bad as I have worried.  In Malta his first two teeth came out and that was connected with A LOT of crying. We did not have even one meal where Bart and me would sit at the table at the same time. There always had to be one of us walking around with the pushchair trying to calm him down. I was feeling sorry for our room neighbours, as I can still very well remember how I did not have much understanding with babies crying in my “before Little L life”.

But there were also fun times, short moments when Little man forgot his teeth were growing. Moments of shock when he found himself surrounded by unimaginable amount of water in the swimming pool, which made an impression on him for 15 minutes and than he reminded himself those two teeth in his mouth and forgot the rest. Moments when he was overwhelmed by palm trees moving in wind, kids playing in swimming pool, or his newly acquired ability to sit by himself .

There were also couple of uninterrupted minutes when he fell asleep outside either in pushchair or in carrier, whichever he preferred :). And in those treasured priceless minutes of quiet we were hunting for the light and photos with Mr.B. Light in Malta was amazing and the place itself was quite a surprise. I’ve experienced loads of very powerful flashbacks while walking around. I felt as if I was in Tunisia, France, Italy, Israel, England at times even in Japan. Loads of amazing old shop signs, abandoned houses, mixed architecture, nice beaches, impressive buildings with touch of great details and everything within 20 minutes drive. It definitely is a place worth to go back and explore more.

I think Little L changed me in a massive way, I become partly a new person and there is no turning back to who I was before. I became much more emotional, I treasure  our love with  Mr.B and life we have together much more, I value every day events more and I cry way to often :). I cried a river when Mr.B left from Malta after one week. I cried a lot when there was small boy with two teeth sitting next to me in the airplane on the way back and I realised how much two weeks mean in Little L’s life, I cried when I said good bye to my mom on the airport in Vienna knowing last time I spent one week holidays with her was almost 20 years ago. And I have to say I enjoy this new emotional crying me. It seems as if my life was more vivid and more fulfilled….not to mention that I did not have 50 photos post in a long time :)

  

IMG_9468

IMG_0629

IMG_8991

IMG_8265

IMG_9024

IMG_9035

IMG_9136

IMG_9933

IMG_0191

IMG_9119

IMG_9514

IMG_9048

IMG_9173

IMG_9076

IMG_9522

IMG_9998

IMG_9646

IMG_9211

IMG_0302

IMG_9559

IMG_9690

IMG_0286

IMG_9155

leoso2

IMG_8776

IMG_0373

IMG_9258

IMG_0225

IMG_0284

IMG_0182

IMG_9533

IMG_8485

IMG_9302

IMG_9748

IMG_9375

IMG_9442

IMG_9460

IMG_8889

leoso

IMG_0361

IMG_0489

IMG_9994

IMG_0528

IMG_9498

IMG_9816

IMG_0599

IMG_9893

IMG_9968

IMG_0072

IMG_9958

IMG_0041

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
I don't want my life to be a reason for other's life to be a suffering that is why I am vegan and that is how I want to raise my son. I love my little family, birds, rainy days and life on the road. I believe in life before death :).


Categories
RECENT POSTS

short trip to Barcelona

June 2, 2017

Japan video

May 24, 2017

New Zealand video

April 26, 2017

Japan

September 21, 2016

New Zealand

August 2, 2016
instagram feed

    Archives