Croatia

Croatia

 

Couple of days ago Bart started repairing his blog which was hacked and infected by virus. He scrolled through his and our life, through years of constant changes and travels. He reminded me of events I have forgotten, of our publications, exhibitions. We were shocked to see how often we changed places and countries during some years. And than kids came along. And I realised I lost track of our own life. Looking at the notes on his blog was actually the only way to remember what we did and where we were.

I felt sorry that I stopped blogging, that IG took over because it was easier and faster, because I had months and years when I was completely consumed by kids and our way of life and everything I was doing before was left on the side forgotten.

If it did not bother me? Sure it did. Life is not linear. I went through all the possible stages, from being absolutely committed as a mother when Leo was born, to feeling of totally loosing control over my life, to being angry that I am not doing things I love, to feeling frustrated, than finding peace, understanding and accepting different seasons of life to trying to balance me time and kids time to failing completely. Because in my case it was not only balancing between kids and some kind of work but doing it on top of constant changing of countries, houses, flats, moving  around and traveling. That is how we live and it makes it even more difficult to adopt some regulations that would allow me find time for myself.

I have felt so incapable so many times, comparing to others, to what I thought they achieved, how I thought they lived their lives. And  all that time I was getting messages from other people telling me how incredible they thought was what we are doing, asking me  how I manage to do it all with kids and letting me know that comparing to me they feel frustrated.

Life is a journey, not in sense of traveling from place to place but journey we have to make in order to get some understanding. I see it as if I was climbing a steep mountain to the top, some sections being more difficult to conquer than the others, and each time I move little higher I have a better view of what is left in the bottom , I see more more of it, I understand more of it and I am heading higher to get the best view and to gain so much needed distance, to understand that looking works best if you don’t look at one small piece but you see the whole. And that is the journey of life, coming to a consciousness that would bring us easiness of mind.

I still tend to compare myself, I will never get completely rid of that horrible and destructive doing because it became written in my cells since I was a child and I took it for my own. But at least while climbing my own mountain of consciousness I am learning the ability of looking at things from distance and sometimes I have moments when it feels like somebody just opened curtains and let the light into the room so for a moment I get to see the what actually is around me not just a foggy outlines.

And just so I thought it would be great to keep this diary of our crazy life going on, because in next ten years of time I am sure gonna be thankful for collected and catalogued memories. I want to remember this particular time when we came to Croatia and how what was a peaceful stay at the beginning changed into science fiction like movie and how within days everything changed.

For long time Croatia seemed to ignore Covid-19, just couple of days ago when Italy was already beaten up on the knees, when people in Slovakia and Poland were closed at homes, Croatians were sitting in cafes, smoking, drinking and chatting, parkings in front of shopping malls were full, social distancing meant hugging and kissing on the streets, people breathing on your neck in waiting lines and wearing a mask was more dangerous than helpful because they would look at you with panic and fear like you were a threat to society.

It only took about three days to wake up to completely different word. Virus spreads very fast, people are scared and foreigners are suspicious. We can’t drive a car from one town to another and have to rely on a  small shop in our village that is running our of goods. The earthquake in Zaherb was strongest one in 140 years and it made the whole situation even worse because people were not in quarantine, they were running out of their homes in panic and some hospitals had to be evacuated.  This is a strange, uneasy time that attacks my anxieties, but I want to remember these days fully. For the fear, for the adrenaline when going to do basic shopping, for the tension between people, for the horrific pictures from streets of Italy filled with army cars loaded with coffins, for how I am getting used to seeing people dressed in white protective suits on the evening news, for not knowing how faces of some members of new Slovak government look because I only see them in masks on TV, for moments of panic, for moments of peace, for seeing solidarity among people and seeing evil too.

I don’t know what will happen in one month and I can’t imagine how things will look after this is over. Life was never such an opened question and I want to remember all of it because it is one of the sections on my mountain of consciousness that I have to conquer, one more step on my journey and I know that once I do I will understand myself better.

 


 

Chorwacja

Kilka dni temu Bart naprawiał swój zhakowany i zawirusowany blog, przewijając przez zapiski z jego i naszego wspólnego życia, przez lata ciągłych zmian. Przypomniały mi się miejsca, wydarzenia, wystawy, o których zupełnie zapomniałam. Zszokowało nas, jak często , w niektórych latach, zmienialiśmy miejsca i kraje pobytu. A potem urodziły się dzieci i zdałam sobie sprawę, że od tego momentu zupełnie straciłam rachubę, nie pamiętam co i gdzie robiliśmy i przeglądając wpisy z blogu Barta, przypominałam sobie kawałki naszego życia z ostatnich lat. Poczułam smutek, że przestałam pisać bloga, że IG przejął ta funkcje, bo wrzucanie postów na IG jest prostsze i szybsze, co jest ważnie, kiedy miesiącami, a nawet latami byłam zupełnie pochłonięta naszym życiem i dziećmi. Wszystko, co robiłam “przed dziećmi, poszło w zapomnienie.

Czy mi tego nie brakowało? Pewnie, że tak. Życie nie jest linearne. Przeszłam przez wszystkie możliwe etapy, od absolutnego zaangażowania jako matka, po urodzeniu Leo, przez poczucie utraty jakiejkolwiek kontroli nad życiem, złości, że nie robię tego, co kocham, aż po frustracje a w końcu poczucie spokoju. Momentami akceptowałam te różne etapy życia, próbując zbalansować czas dla siebie i ten z dziećmi, tylko po to, żeby potem znowu poczuć, że nie daje rady. Co więcej, u nas wyzwaniem jest nie tylko znalezienie tej harmonii w dzieleniu czasu na bycie z dziećmi i moje własne działania, dochodzą też nasze ciągłe podróże i przeprowadzki. Nasz styl życia sprawia, że to wszystko jest jeszcze bardziej wymagające i nie pomaga we wprowadzeniu regularnych zasad umożliwiających mi znalezienie czasu dla siebie samej. Niezliczoną ilość razy czułam, że nie daje rady porównując się do innych. Myślałam też, że oni sobie lepiej radzą w życiu. Jednocześnie, dostawałam wspierające wiadomości od wielu osób, dla których z kolei było inspirujące to, co ja robie i którzy równocześnie czuli się frustrowani porównując się do nas.

Życie to podróż, ale nie w sensie przemieszczania się z miejsca na miejsca, tylko doświadczenia, niezbędnego do nabrania dystansu. Myślę o tym, jak o wspinaczce na szczyt, niektóre odcinki są łatwiejsze, inne bardziej wymagające, ale im wyżej wchodzę tym mam lepszy widok na to, co na dole. Wspinam się coraz wyżej, aby mieć lepszą perspektywę i jak najlepszy widok. Im jestem wyżej tym więcej widzę a lepiej rozumiem, najwięcej widać patrząc zawsze na całość, a nie tylko na urywek rzeczywistości. Życie jako podróż zbierania doświadczeń, żeby uzyskać świadomość, która przynosi mi spokój.

Ciągle zdarza mi się porównywać do innych, nigdy tak do końca, nie wyzbędę się tego destruktywnego i wykańczającego nawyku. Czuję, jakby porównywanie się było zapisane w moich komórkach już od dzieciństwa wiec stało się ono już mną. Ale przynajmniej wspinając się po mojej własnej górce świadomości, uczę się patrzeć na świat z dystansu i raz na jakiś czas, kiedy mi się uda, czuję się jakby ktoś odsłonił zasłony a wypełnił ciemny pokój światłem na krótką chwilę, jednak na tyle długą, by zamiast nieostrych kształtów wyraźnie zobaczyć co mnie otacza.

I dlatego myślę, że warto prowadzić ten dziennik, bo wiem, że za kolejne 10 lat będę wdzięczna za te wspomnienia. Chcę pamiętać ten szczególny czas w Chorwacji, tak sielski i spokojny na początku, który w ciągu kilku dni zmienił się w film science-fiction.

Chorwacja bardzo długo zdawała się ignorować korona wirusa, jeszcze kilka dni temu, kiedy wszyscy z przerażeniem patrzyli na Włochy zmagające z tym wirusem, kiedy i Słowacy i Polacy byli już zamknięci w domach, Chorwaci żyli jak co dzień, siedzieli w kafejkach, palili fajki, parkingi w centrach handlowych pełne samochodów a social distancing oznaczał tyle, co nic, ludzie stali w ciasnych kolejkach, przytulali i całowali się na powitanie. A kiedy widzieli osobę noszącą maseczkę, traktowali ją jak zagrażająca otoczeniu.

W mniej więcej 3 dni, sytuacja zupełnie się zmieniła, obudziliśmy się w innym świecie. Wirus rozprzestrzenia się bardzo szybko, ludzie się boją a obcokrajowcy stali się podejrzani. Nie wolno nam przemieszczać się między miastami, musimy sobie radzić kupując to, co jest dostępne w lokalnym sklepie, w którym zaczyna brakować warzyw. Niedawne trzęsienie ziemi w Zagrzebiu, najsilniejsze od 140 lat, jeszcze pogorszyło sytuację. Ludzie, zamiast przestrzegać kwarantanny, uciekli z domów i gromadzili się w publicznych miejscach. Niektóre szpitale musiały być ewakuowane. 

I choć to jest bardzo wymagający czas i wracają moje różne niepokoje i lęi, to mimo to, chce te dni zapamiętać dokładnie. Chcę pamiętać to napięcie między ludźmi, dziwne uczucie strachu idąc po zwyczajne zakupy, ale i przerażające zdjęcia z Włoch , gdzie wojskowe samochody przewożą stosy trumien. Chcę pamiętać jak powoli przyzwyczajam się do widoku ludzi w ochronnych kombinezonach w wieczornych wiadomościach, jak nie wiem jak wyglądają nowy członkowie Słowackiego rzadu bo od początku widzę ich w TV jedynie w maskach. Chcę pamiętać te momenty paniki i spokoju, rodząca się solidarnośc, ale i budzące się w ludziach niskie instynkty.

Nie wiem co stanie się za miesiąc, nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić jak rzeczywistość będzie wyglądała kiedy to się skończy. Nigdy dotąd życie nie było takim otwartym pytaniem i chce to wszystko pamiętać, bo jest jest jeden z odcinków w mojej wspinaczce na mojej gorce świadomości , kolejny krok po przejściu którego, będę rozumiała siebie jeszcze bardziej.

 

za tłumaczenie dziękuję Gosi 

 







































































 |





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
1 Comment

Leave a comment

Your email address will not be published.


Post Comment

I don't want my life to be a reason for other's life to be a suffering that is why I am vegan and that is how I want to raise my son. I love my little family, birds, rainy days and life on the road. I believe in life before death :).


Archives
Categories